Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 marca 2015

niedzielny spacer

Ostatnią moją dłuższą nieobecność już tłumaczę! Najpierw byłam chora - na szczęście udało mi się wyzdrowieć, potem wpadłam w wir pracy, potem w pracy znów zaraziłam się od koleżanek i znów popołudniami dogorywałam... na szczęście na weekend doszłam do siebie i wybrałam się na jeleniogórski festiwal filmowy "Zoom". Wybrałam dwie projekcje specjalne - "Serce, serduszko" Jana Jakuba Kolskiego, jednego z moich ulubionych polskich reżyserów. Film pełen ludzkiej dobroci, której akurat tamtego dnia bardzo potrzebowałam. Film, którego obrazy na długo we mnie pozostały. Film o dziewczynce z domu dziecka i jej bardzo specyficznej wychowczyni, które razem uciekają, aby zdążyć na egzaminy do szkoły baletowej - przemierzają Polskę od Bieszczad do Gdańska, przeżywając po drodze niejedną przygodę :)
A także projekt artystyczny Katarzyny Kozyry "Szukając Jezusa". Dokument o podróży Kozyry do Jerozolimy w poszukiwaniu ludzi dotkniętych syndromem jerozolimskim - zaburzeniem psychicznym, w którym danej osobie wydaje się, że jest Jezusem (albo inną biblijną postacią). Niesamowity projekt, niesamowici ludzie. Naprawdę byłam pod wrażeniem.
Do tego w ostatni wtorek wzięłam udział w spotkaniu z Jackiem Hugo-Baderem, moim ulubionym reporterem Gazety Wyborczej, którego teksty, od dzieciństwa chyba, uwielbiam, dzięki którym od dawna marzy mi się wyprawa w głąb Rosji, a najbardziej nad Bajkał. Może kiedyś mi się uda :) A Jacek zgodnie z oczekiwaniami - okazał się strasznie fajnym człowiekiem, z którym można by gadać do rana :)

Ostatnio opowiadałam wam o jeleniogórskim teatrze, teraz pomyślałam, że powiem wam coś o filmach, których ostatnio sporo oglądam.
"Birdman" - mega odjechany, mega dziwny film, którego chyba nie chciałabym nigdy więcej obejrzeć. Ale w związku z oskarem za najlepszy film na pewno warto obejrzeć, aby wyrobić sobie opinię, bo zdania są podzielone, znam sporo osób, którym bardzo się podobał.
"Whiplash" - niesamowita muzyka, bo jazz kocham całym sercem, ale bohaterowie, jak dla mnie, nie do końca normalni, z czym wewnętrznie nie mogłam się zgodzić, ale rola mistrza niesamowita, a końcówka porywająca.
"Dzień z życia blondynki" - rewelacyjna komedia, dawno się na niczym tak nie ubawiłam :)
"Dzika droga" - niesamowity film, rewelacyjna Reese Witherspoon, trochę przypominał mi "Into the wild", który też bardzo mi się podobał
"Służby specjalne" - wreszcie udało mi się obejrzeć (do kina spóźniłam się, film dopiero kupiłam z ostatnim numerem Gali) - mocne kino, i jeśli prawdziwe, to przerażające,naprawdę.
A w tym tygodniu wybieramy się do kina na "Disco polo" :)

Na koniec zdjęcia z dzisiejszego spaceru w kroplach deszczu - w Karpnikach.
A propos zdjęć polecam Wam bloga - fotojordanplis.blogspot.com








straszną miałam migrenę i właśnie na chwilę puścił mnie ból głowy :D




Zapomniałabym całkiem pochwalić się wam moją nową pracą, którą zaczynam od wtorku! Będę uczyć farmakologii w szkole dla techników farmaceutycznych. Trzymajcie za mnie kciuki, mam nadzieję, że dam sobie radę :) Póki co jestem strasznie podekscytowana i nie mogę doczekać się tych pierwszych zajęć. W następnym poście na pewno opowiem wam jak było :) 

poniedziałek, 16 lutego 2015

prawie z Wrocławia.

Minęły dokładnie dwa tygodnie, czyli właśnie dziś zaczyna się mój trzeci, a zarazem ostatni tydzień stażu we Wrocławiu. Zaczyna się wyłącznie teoretycznie, bo piszę do was tym razem z mojego jeleniogórskiego łóżka - strasznie zasmarkana, zakaszlana, całkowicie obolała, z nieco obniżonym nastrojem - bo ja nienawidzę być chora! i to jeszcze w taką piękną pogodę, kiedy jedyne, o czym człowiek marzy to spacer! Ale niestety tak kończy się przebywanie kilka godzin dziennie na oddziale zakaźnym, gdzie wszyscy pacjenci mają zapalenia oskrzeli i płuc, jeden kaszle przez drugiego, że już nawet na oddziale zrobiła się z tego niezła epidemia. Mnie w końcu też dopadło.

Ale wcześniej były bardzo przyjemne dwa tygodnie - pierwszy, bardziej na zapoznanie się z oddziałem, z ludźmi, drugi już dosyć pracowity. Poza tym oczywiście spotkania z wrocławskimi przyjaciółmi i weekendy w Jeleniej Górze. O dziwo nie było tak źle jak się spodziewałam :)
Jak wiadomo, wszystko zależy od naszego podejścia, wszelkie pozytywne bądź negatywne emocje siedzą w naszej głowie, więc w momencie, kiedy tylko przestałam narzekać wewnętrznie, użalać się nad samą sobą, jak to mi źle i okropnie, że muszę trzy tygodnie siedzieć we Wrocławiu - od razu zrobiło mi się lepiej, nabrałam ochoty do życia, przypomniało mi się, co tak bardzo lubiłam we Wrocławiu, i jak bardzo tęskniłam za tymi moimi wrocławskimi przyjaciółmi, i jak to w zasadzie się cieszę, że moge trochę z nimi pobyć :) No i jak tak już się cieszyłam, jak to sobie nawymyślałam planów na ten ostatni tydzień, to się oczywiście rozchorowałam, i z planów, na razie przynajmniej, nici :D Ale wszystko ma swoje dobre strony, nawet takie okropne choróbsko - można cały dzień przeleżeć w łóżku, spać do południa, potem spać po południu i  prawie w ogóle nie mieć wyrzutów sumienia patrząc na stertę ciuchów do prasowania ;)
Można też mieć wreszcie czas, żeby opowiedzieć wam np. o jeleniogórskim teatrze, który ostatnimi czasy z mojego punktu widzenia bardzo pozytywnie się rozwija, co rusz zaskakując mnie nowymi, świetnymi spektaklami, z jednej strony bardzo aktualnymi, nawiązujacymi czy to do wydarzeń bieżących, czy problemów zarówno o zasięgu ogólnoświatowym, jak i miejscowym, ale też dotykając spraw uniwersalnych. Polecić mogę wam właściwie wszystkie najnowsze spektakle, zaczynając od walentynkowej premiery, na której świetnie się bawiłam (nie zgadzając się zupełnie z wątpliwej jakości krytykami i innymi jeleniogórskimi hejterami) - "Miłość i polityka" to świetna komedia, w wielkim skrócie o miłosci i polityce właśnie, o intrygach, oszustwach, zdradach, a ja myślę, że o świecie w ogóle. Do tego niesamowita Anna Ludwicka-Mania, którą mogłabym oglądać bez końca. Poza tym "Karskiego historia nieprawdziwa" - słodko-gorzka opowieść o tym, co stałoby się, gdyby prezydent Roosvelt zareagował na opowieści Karskiego o eksterminacji Żydów w Polsce w czasie II wojny światowej, plus świetna muzyka i stroje. Jeśli o strojach mowa, to ostatnie spektakle rzucają się w oczy przede wszystkim niesamowitymi kostiumami, które pamiętać będę jeszcze długo, jak np. w sztuce "Pierścień wielkiej damy" - gdzie suknie może nie przebiły jednej wielkiej sukni z "Miłości i polityki", ale uszyte były w sposób spektakularny. Do tego "Mąż mojej żony" - czyli jak to jest spotkać na swojej drodze męża własnej żony, i co z tego wynika :D I trochę starsze - nieco paranoiczny thriller "Autobus", opowieść o historii miasteczka, które zniknęło, czyli "Miedzianka", tragikomedia "Samobójca?", i "Don Juan", w którym zakochałam się podczas premiery ponad rok temu. O spektaklach jeleniogórskiego teatru mogłabym opowiadać wam godzinami, ale nie w tym rzecz - jeśli tylko będziecie mieli możliwość wybierzcie się do teatru :) Odsyłam was na ich stronę - tam znajdziecie repertuar i opisy poszczególnych spektakli (teatrnorwida.pl)

Anna Ludwicka-Mania - gwiazda "Miłości i polityki" (ze strony teatru)

Na koniec jeszcze tylko kilka zdjęć z walentynkowego wypadu z przyjaciółmi do Szklarskiej
Poręby - pełnej turystów, oscypków na każdym rogu (o wątpliwym kozim i owczym pochodzeniu, co nie przeszkodziło mi w pałaszowaniu wszystkim możliwych rodzajów), artystów rzeźbiących w śniegu z okazji festiwalu radiowej trójki, sporej jeszcze ilości śniegu i mega dawki pięknego słońca :))





I piosenka, której nie mogę przestać słuchać :)


poniedziałek, 2 lutego 2015

z Wrocławia

Tym razem piszę do Was z Wrocławia, tak jak wspominałam przyjechałam tu na 3 tygodnie na staż z chorób zakaźnych - staż do mojej specjalizacji z chorób wewnętrznych. Dla niezorientowanych robienie lekarskiej specjalizacji polega, poza pracą w szpitalu, także na odbyciu obowiązkowych staży i kursów - większość odbywa się niestety w ośrodkach akademickich - a więc poza moją Jelenią Górą. Ale dzięki temu pojeżdżę trochę po Polsce - w czerwcu i wrześniu wybieram się na kilka dni do Warszawy, we wrześniu też do Lublina, w październiku do Krakowa, a w grudniu do Bielska-Białej, do tego może uda mi się jeszcze pojechać dwa razy do Olsztyna na podobne do obecnego 3-tygodniowe staże.
A ten robię właśnie we Wrocławiu - siedząc na głowie po trochę różnym przyjaciołom :D Staż zaczęłam dziś, więc specjalnie jeszcze nie mam za dużo wrażeń, jedynie, że wszyscy są strasznie mili  :)
Poza tym Wrocław jak zwykle obfituje w nowe wrażenia, doznania, a także miliony wspomnień na każdym rogu, i tych dobrych, i tych trochę gorszych. A do tego miliony możliwości. Przynajmniej teoretycznie - bo do kina bym poszła, ale akurat żaden film mnie nie kręci, poczekam aż wejdzie "Warsaw by night", w teatrze też jakoś nie znalazłam nic dla siebie, nie mówiąc o koncertach, które też jakieś bez szału - jedynie moja ukochana Maja Kleszcz gra we Wrocławiu, ale dopiero po moim wyjeździe... Pozostały mi z tego miliona możliwości spotkania z przyjaciółmi, znajomymi - całe szczęście, że chociaż oni tu są, bo inaczej zanudziłabym się na śmierć ;D A najchętniej to po prostu wróciłabym do Jeleniej :D
Ale, żeby zgodnie z moim życiowym podejściem spojrzeć na sprawę nieco optymistycznie, powiem wam, że do Wrocławia przyjechałam już w piątek - na urodzinową imprezę kolegi :) poznałam trochę ciekawych ludzi, trochę potańczyłam, potem strasznie się nie wyspałam, i pół soboty przeleżałam w łóżku z tego powodu :P Do tego przyjaciel, u którego mieszkam rozpieszczał mnie cały weekend pysznościami - w sobotę gulasz z dzika, w niedzielę kotlety jagnięce :)) Niedziela poza jagnięciną była też mega pozytywnym dniem, z kilku innych powodów - poranne zakupy w moim ukochanym miejscu we Wrocławiu, czyli targu świebodzkim (zakupiłam buty na marcową wyprawę do Wilna, Rygi i Tallina, plus dwie sukienki - akurat na chwilę zapomniałam, że już nie mogę domknąć szafy z sukienkami w Jeleniej ;) a potem do Wrocławia przyjechała przyjaciółka ze studiów, teraz mieszkająca w Opolu - z okazji pięknej słonecznej pogody postanowiliśmy wszyscy zrobić sobie wycieczkę Polinką - czyli kolejką linową (prawie jak na Kasprowy Wierch ;) - tyle, że we Wrocławiu, nad Odrą, jedzie się jakąś minutę - dwie, a bilet kosztuje tyle co na przejazd komunikacją miejską. Stacje ma na Wybrzeżu Wyspiańskiego - niedaleko Placu Grunwaldzkiego, i Na Grobli, skąd pieszo wróciliśmy zahaczając o okolice zoo, do którego w końcu na wiosnę muszę się wybrać :D

ze strony wroclaw.pl

Tyle jeśli chodzi o tą relację z Wrocławia, kolejna już niedługo :)

środa, 21 stycznia 2015

takie tam przemyślenia

Jeżeli chodzi o nasze pojmowanie przyszłości, zasadniczo wyróżnić można dwie opcje - raczej pozytywną i raczej negatywną. Pozytywna z opcją negatywnego zaskoczenia, i negatywna, wybierana jako racjonalna, przy której ewentualnie można się pozytywnie zaskoczyć. Tak przynajmniej są tłumaczone. Ja jestem wyznawczynią opcji pozytywnej - cokolwiek by się nie działo, cokolwiek by mnie nie spotykało, to zawsze o ludziach i o świecie myślę pozytywnie, a i o przyszłości myślę wyłącznie w jasnych barwach. I życie nie zaskakuje mnie przez to jakoś wybitnie negatywnie. Pewnie, że na swojej drodze nie trafiam wyłącznie na dobre istoty, ale chyba przez pozytywne podejście do życia łatwiej jest mi o nich zapominać, nie skupiać na nich mojej uwagi, żyć swoim życiem. Nie tyczy się to tylko moich przyjaciół, i niekiedy moich pacjentów. Od kilku dni leczę, a właściwie usilnie próbuję poprawić stan zdrowia jednego młodego mężczyzny, rękami i nogami ciągnę go na stronę życia, robię co tylko w mojej mocy, kiedy to wczorajszym popołudniem on oznajmia mi, że wypisuje się na własne żądanie. Może oczywiście. Serce, które stało się niewydolne dzięki jego wieloletniemu piciu, może w każdej chwili stanąć, ale on ma dosyć mojego leczenia, i wypisuje się na własne żądanie. Zostawiam go z jego myślami, z lekarzem dyżurnym, ze swoimi wychodzę do domu. Do rana głowa pełna plątaniny myśli. Rano przychodzę do szpitala, na oddziale widzę mojego pacjenta. Uśmiechnięty oznajmia mi, że zostaje zgodnie z umową do piątku. A ja po raz kolejny w życiu zostaję mega pozytywnie zaskoczona, w najbardziej nieoczekiwanym momencie :) Okazuje się, że jednak fajnie mieć pozytywne podejście do życia,a i być pozytywnie zaskakiwanym jest jeszcze fajniej :)
A propos pozytywnych zaskoczeń, to jakiś czas temu użalałam się strasznie z powodu przyjaciół, których z jakiegoś, zwykle nieznanego mi powodu, straciłam. Jeden z nich, najbliższy mojemu sercu, właśnie wczorajszego popołudnia, w tej mojej plątaninie myśli, w totalnie paskudnym humorze, złości na siebie, na pacjentów, na świat, ni stąd ni zowąd - odezwał się :) I od wczoraj jestem chodzącym pozytywnym zaskoczeniem :D Czego też wam życzę, bo to super uczucie ;)

A na koniec - a propos wspomnień, które gdzieś tam po drodze mnie dopadły pisząc ten post, moja ukochana piosenka, która mówi wszystko, o pewnych osobach, sprawach, uczuciach, których już przy nas nie ma, a które na zawsze pozostaną w nas. Enjoy :)



poniedziałek, 12 stycznia 2015

W nowym roku

Z okazji nowego roku postanowiłam powrócić do mojego ukochanego tak kiedyś blogowania ;) To chyba jedyne z moich noworocznych postanowień, resztę staram się zmieniać na co dzień, a nie tłumaczyć sobie nowym rokiem i koniecznością wymyślania postanowień, które jak wiadomo po maksymalnie miesiącu idą w zapomnienie.
A więc wracam i postaram się zaglądać tu coraz częściej :)

W starym roku jak wiecie, zaczęłam specjalizację, pracuję w szpitalu - tutaj akurat nic się nie zmieniło, przez 1,5 miesiąca mieliśmy z Jordanem współlokatorkę, ale to akurat z nowym rokiem się zmieniło i nasza przesympatyczna  koleżanka dostała klucze do swojego mieszkanka - 5 pięter nad nami :) Poza tym niezmiennie zbyt długo nie mogę usiedzieć w jednym miejscu - w grudniu byłam jeden weekend na wigilii grupowej we Wrocławiu - przemiłym jak zwykle spotkaniu z moimi przyjaciółmi ze studiów - nazbierała nas się "garstka" - jakieś 15 osób :D Inny weekend równie świąteczny w klimacie spędziłam na spacerach po pałacach naszej jeleniogórskiej kotliny, oraz na jarmarku świątecznym w Dreźnie - prześlicznym mieście, które na krótką jednodniową wyprawę wszystkim polecam :)

Poza tym codziennie walczę w szpitalu - z chorobami, ze śmiercią, czasem nawet z pacjentami, bo jak się okazuje różni bywają ludzie - niektórzy zmienieni dość mocno nałogami, a między czasie oddaję się dyskusjom z kolegami i koleżankami lekarzami, z oddziałowymi pielęgniarkami, a i z pacjentami zdarzają się ciekawe rozmowy, a i uśmiechów bywa sporo. Poza tym każdego dnia czegoś się uczę, raz w temacie medycznym, raz o sobie, a jeszcze innym razem o ludziach jako takich. Każdy dzień to wyzwanie, któremu trzeba stawić czoła. I póki co daję sobie radę, chyba nawet nieźle :)

W wolnych chwilach jak zwykle - próbuję nowych smaków, nowych miejsc, najchętniej chodzę na spotkania podróżnicze, do teatru i na koncerty - od jazzowych, przez muzykę klasyczną, po ostatnio pieśni operowo-operetkowe. Każde nowe doznanie jest ważne.

No i jak zwykle planuję - w przyszłym tygodniu jadę na dwa dni na kurs do Wrocławia, potem w lutym trzy tygodnie spędzę we Wrocławiu na kursie do specjalizacji w klinice chorób zakaźnych, a w marcu czeka mnie pierwszy wymarzony urlop - jedziemy z Jordanem na tydzień na północ - spędzimy dzień w Wilnie, dwa dni w Rydze i dwa dni w Tallinie. Już nie mogę się doczekać :)


na początek przepiękne Drezno

grzane wino musi być :D















zimowe spacery - Park Norweski w Cieplicach

a potem był Sylwester - w hotelu Tango z super ekipą :)




kolejny zimowy spacer - tym razem w Bukowcu














środa, 29 października 2014

Olsztyn

Żeby być zupełnie szczerą ostatnie tygodnie spędziłam nie tylko w Białymstoku. Zahaczyłam też w swojej wyprawie, tym razem samotnej, o Olsztyn.
Przebywałam sporo z rodziną, ale też samotnie spacerowałam, wyciszałam się, rozmyślałam, ot po prostu przebywałam sama ze sobą, co ostatnio było mi potrzebne. Ale i dużo słuchałam o właściwej drodze, przynajmniej dla mnie na tą chwilę - buddyjskiej diamentowej drodze. Można powiedzieć, że zupełnie przypadkiem, a może wcale nie przypadkiem - trafiłam w Olsztynie na festiwal buddyjski. Jednego dnia oglądałam film "Winter tour", w czasie kolejnych słuchałam wykładów nauczyciela buddyjskiego. Z każdym kolejnym dniem czułam się coraz lepiej, czułam się naładowana pozytywną energią, energią tych ludzi wokół, nauczyciela, Lamy Olego, który spoglądał na mnie ze zdjęcia, a może nawet samego Buddy, którego nauki przeze mnie przepływały. Przepływały, ale i coraz bardziej fascynowały. Sytuacja, w której osiąga się nirwanę, czyli doświadczenie trwałego szczęścia, niezależnie od czynników zewnętrznych, od wszystkich sytuacji, emocji, które nami targają, to coś niesamowitego, a jednocześnie sytuacja, którą można osiągnąć, a przynajmniej w jakimś stopniu się do niej zbliżyć. Sytuacja, która obecnie pociąga mnie dosyć poważnie :)
Jeśli też interesują was nauki o naturze umysłu, o pracy nad własnym umysłem, którego celem jest doświadczanie bezwarunkowego szczęścia, chociaż pewnie brzmi to dla was kosmicznie albo sekciarsko, ale zapewniam was, że tak nie jest :) - to dużo informacji znajdziecie na stronie www.buddyzm.pl A ja już następny wtorek wybieram się do Wrocławia do ośrodka buddyjskiego na moje pierwsze medytacje :) już nie mogę się doczekać :)


A poniżej trochę zdjęć, niestety niezbyt dobrej jakości. Jesień w Olsztynie :)

no i najlepsze lody - tutaj selerowo-jabłkowe ;)
a w tle wystawa buddyjska i XVI Karmapa










nie mogłam oprzeć się i zrobiłam zdjęcie - pruska baba jako ratownik medyczny ;D




działka Cioci i Wujka - Miśka nie chciała uśmiechnąć się do zdjęcia ;)








środa, 24 września 2014

kilka słów na bieżąco

Ostatnio sporo się dzieje. Miałam siedzieć w domu i uczyć się do ostatniego podejścia do LEKu, czyli egzaminu podsumowującego studia i niezbędnego do uzyskania pełnego prawa wykonywania zawodu, ale pilnie musiałam wyjechać do Szczecina - ratować mojego mleczaka :D Dlaczego akurat do Szczecina? Tam mieszka i przyjmuje moja przyjaciółka stomatolożka, której jedynej ufam w kwestii mojego uzębienia :) Wyjazd był to szalony - we wt wyjazd, na miejscu byłam późnym wieczorem, w środę akcja stomatologiczna i powrót do Jeleniej Góry. A już w piątek wyjeżdżałam na wspomniany wcześniej egzamin do Wrocławia. Jedno wielkie szaleństwo, ale chyba lubię to :D
Egzamin poszedł chyba nieźle, dziś powinny być wyniki :) Poza tym to był bardzo pozytywny weekend - spotkania z przyjaciółmi ze studiów, które natchnęły mnie bardzo dużą ilością dobrej energii :) do tego wieczorne włóczenie się po mieście, trochę czułam się jak na wakacjach.. no i oczywiście zakupy na dworcu Świebodzkim - w szafie nowa sukienka :D
Powrót do domu, nowy tydzień i nowa dawka szaleństw, tym razem związana z rzeczami, które trzeba załatwić, z zakupami, które trzeba zrobić, z porządkami, bo chociaż wydaje mi się, że ciągle sprzątamy, to kurz pojawia się ciągle na nowo :D z ciastem, które mam ochotę upiec - bo ostatnimi czasy robię jedno-dwa ciasta w tygodniu :) wczoraj zrobiłam tartę z kremem budyniowym i gruszkami - z mojej ulubionej ostatnio strony, czyli mojewypieki.com. A jeszcze sprawy do załatwienia w szpitalu, we Wrocławiu w urzędzie wojewódzkim w związku z rozpoczęciem od listopada specjalizacji z chorób wewnętrznych - jutro jadę, nie mówiąc o konieczności zaplanowania fryzjera na przyszły tydzień, bo 6.10 wyjeżdżam na dwa tygodnie - najpierw tydzień u rodziny w Olsztynie, a potem kolejny tydzień z przyjaciółmi ze studiów w Białymstoku i Puszczy Białowieskiej :) Już sobie stworzyłam listę spraw do załatwienia, bo niedługo sama się w tym wszystki pogubię.
Na szczęście ma wrócić do nas złota polska jesień, bo póki co początek tygodnia działał nieco dobijająco.
A już na weekend mamy gości-oczywiście moich przyjaciół ze studiów - idziemy na otwarcie sezonu w naszym teatrze, a jednocześnie otwarcie Jeleniogórskich Spotkań Teatralnych - spektakl "Koniec świata w Deer's Hill City", czyli western na dzikim zachodzie, ale trochę jakby w Jeleniej Górze patrząc na tytuł :) A w kuchni przygotowuję dzień azjatycki - zaczynamy od sushi, potem zupa tajska, a na koniec danie z makaronem ryżowym z woka :)
Taak, szaleństwa nie ma końca, i tak pewnie do czasu aż pójdę do pracy - czyli do połowy listopada :) Nie wiem jak wy, ale ja będąc w środku takiego wiru czuję, że żyję :)) A myślę, że jesienią to tym bardziej się przydaje, żeby człowiek nie zaległ w domu, przed telewizorem, czy komputerem, tracąc resztki energii. Jesienią trzeba znaleźć sobie jakąś zajawkę - to już od was zależy jaką :) powodzenia w szukaniu :)

I znów kilka najnowszych zdjęć :) głównie z naszych spacerów - łapaliśmy ostatnie chwile lata ;)

z Kitą na balkonie :)



lekko zmrożona tarta z mascarpone i jagodami





Pałac Wojanów



 

tzw. żwirownia - tuż za Jelenią Górą



moje pierwsze sushi :)






widok na nasze osiedle i Karkonosze :)

a to zdjęcie podobno ludzi straszy :D

stat4u