Dzień pierwszy, czyli zwiedzanie Białegostoku.
A właściwie głównie Muzeum Wsi Białostockiej - miejsca magicznego :)
Dojedziecie tam z centrum Białegostoku autobusem miejskim nr 102. Na miejscu wystarczy jeszcze tylko kupić bilet z przewodnikiem za 12zł (normalny) i już za chwilę zaczynamy naszą przygodę, czyli podróż w czasie :)
tuż przed wejściem do skansenu
pierwsze chaty - ze zbiorami o tematyce wiejskiej
wystawa środków transportu
a tutaj kosze do przechowywania ziarna
nieco dalej - wiejska chatka
z typowym ubogim wyposażeniem
dalej - dwór bogatszych mieszkańców podlaskiej wsi
podlaska wieś w pełnej krasie :)
i nieco bogatszy wystrój domu
prześliczne podlaskie zdobienia
i wystawa dot. wiejskiej szkoły
szkoła polska tuż po wojnie
przerwa na zabawę :P
i fotka na zakończenie zwiedzania :)
W Białymstoku spędziliśmy tylko jeden dzień, ale dzięki wizycie w muzeum wsi był to dzień niesamowity - po części mieliście możliwość zobaczenia tego
na zdjęciach, ale tak naprawdę najlepiej przeżyć to wszystko na własnej skórze
- poczuć charakter tego miejca, które jest naprawdę magiczne :) A dzień później
jak się okazało wystarczy wyjechać na wschód za Białystok, żeby takie domy
zobaczyć "w realu" :D Widok był jeszcze bardziej zachwycający :)
Resztę dnia spędziliśmy pożerając lokalne specjały w Cafe Esperanto - babkę
ziemniaczaną oraz kartacze, popijąc żubrem albo buzą - świetnym napojem z kaszy
jaglanej, lekko gazowanym, pachnącym drożdżami, taką trochę lemoniadą :) Miejsce na obiad polecam. Potem czasu starczyło nam już tylko na odwiedzenie Pałacu Branickich, szybkie zwiedzenie muzeum Uniwersytetu Medycznego i spacer po Parku Branickich - w stylu francuskim, jak się okazało podczas późniejszego zwiedzania Puszczy Białowieskiej :D A potem niestety spadł deszcz i swoje kroki skierowaliśmy w stronę naszego schroniska, czyli szkolnego schroniska młodzieżowego "Podlasie" - miejsca przyjemnego, blisko centrum, z bardzo przystępnymi cenami, tylko niektóre panie na recepcji bywały średnio przyjemne :D Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o cerkiew Św. Mikołaja - z przepięknym wystrojem.
A kolejne dni to już wyprawa na prawdziwy koniec Polski, czyli do Białowieży, ale o tym w następnym poście :)
Kolejny tydzień mija niepostrzeżenie, kolejny tydzień pięknej złotej polskiej jesieni, kolejny tydzień bogaty w spacery, ale i sporą ilość przemyśleń, a właściwie przemyśleń i wspomnień. Ludzie, których już przy mnie nie ma, nie pozwalają mi przestać o nich myśleć. Jest coś takiego w jesieni, że skłania do refleksji, do wspomnień, do zamyślania się nad przemijaniem, chociaż tak naprawdę tak zupełnie ostatecznie ludzie odchodzą wiosną, kiedy przyroda budzi się do życia, odnawia się, osoby, których czas już się skończył, a może po prostu ich ciało uległo nieodwracalnemu zniszczeniu - odchodzą na zawsze.
Ale nie tylko o takich odejściach myślę ostatnio. Myślę o ludziach, których kochałam, o ludziach, którzy byli moimi przyjaciółmi, bratnimi duszami, czy jakkolwiek by to nazwać, po prostu byli mi bliscy, a potem nagle ich zabrakło. Czasem stało się coś konkretnego, a czasem zupełnie nic, przynajmniej nic, o czym bym wiedziała. I nawet jednej z takich osób powiedziałam ostatnio, że jest we mnie niezgoda na taką sytuację. No tak, ale zwykle niespecjalnie mam na to jakiś wpływ. I główna moja rozkmina ostatnio dotyczy właśnie takiego odzywania się do osób, które cały czas są nam bliskie, o których nie możemy przestać myśleć - odzywać się czy się nie odzywać, bo i tak pewnie nic to nie da ? A może jednak da, a nie spróbując nie przekonamy się ? Co myślicie ?
Do posłuchania - Maja Kleszcz. Właściwie cała płyta jest dla mnie całą masą wspomnień, które wracają na każdym kroku.
I piosenka - wspomnienie pewnego wyjazdu :)
Zmieniając na chwilę temat - polecam wam bardzo film "Bogowie". Wczorajszy wieczór spędziłam na nim w kinie. I jestem pod wrażeniem, choć dla mnie nie było to aż tak wstrząsające, jak podejrzewam dla większości widzów, szczególnie pierwsza scena. Ale nic wam nie zdradzę :) Dla niezorientowanych w najnowszych polskich premierach - film to mały wycinek z życia Zbigniewa Religi, dotyczący walki o polską transplantologię, przede wszystkim przeszczepy serca, walki jak wiadomo wygranej, choć jak w każdej walce pełnej poświęceń i ludzkich strat.
Film obejrzyjcie koniecznie.
A wracając do pięknej jesieni za oknem sobotę spędziliśmy w Staniszowie - miejscowości tuż za Jelenią Górą - chodząc po niewielkich, ale jakże urokliwych górach. Góra Grodna z ruinami zamku księcia Henryka - traficie tam żółtym szlakiem, idąc do góry za kościołem w Staniszowie. Zamek książę Henryk von Reuss wybudował w XIXw. podobno zazdroszcząc Schaffgotschom Chojnika.
I góra Witosza - z pozostałościami po cokole, na którym stał pomnik Otto von Bismarcka, z niesamowitymi formacjami skalnymi po drodze - Skalna Komora, Ucho Igielne, Pustelnia, Skalna Uliczka, a także z mistyczną historią w tle - podania mówią o mieszkającym tam w XVIIw. Hansie Rischmannie, miejscowym Nostradamusie, który przepowiedział m.in. pożar Jeleniej Góry, rozbiory Polski, a na koniec nawet własną śmierć. Traficie tam też żółtym szlakiem, tyle, że w przeciwnym kierunku. Idealne miejsca na sobotni spacer :)
Czas pędzi nieubłaganie. Nieważne, czy mamy wolne i robimy dokładnie, to co chcemy, ewentualnie trochę mniej chcemy, czy akurat pracujemy, uczymy się, czy robimy cokolwiek innego, co akurat musimy. Pędzi. Niekiedy tylko delikatnie zwalnia, żeby potem z jeszcze większym szałem wpaść w kolejny wiraż. Mój czas latem delikatnie zwolnił, żeby od połowy września totalnie zwariować. Zaczęło się od wyjazdu do Szczecina, potem Wrocław, kilka dni w Jeleniej, ale pełne latania i załatwiania, potem znów wyjazd do Wrocławia, a na weekend przyjechali przyjaciele ze studiów. Weekend minął ekstremalnie szybko. Był jarmark staroci, premiera w teatrze, nocne łażenie po klubach, potem ich wyjście w góry i moja niespodzianka, czyli przybycie kolejnych przyjaciół ze studiów :D była sobota w kuchni, czyli dzień azjatycki, i niedziela w I love pizza ( mojej ulubionej ostatnio pizzerii w Jeleniej).
Na premierze - bawiliśmy się świetnie. Komediowy western prosto z dzikiego zachodu, pełny barwnych postaci, wystrzałów z rewolwerów, nagłych zwrotów akcji, i niespodziewanego dosyć zakończenia. Spektakl "Koniec świata w Deer's Hill City" polecam wszystkim :)
Ale czas oprócz tego, że pędzi, płata też różne figle. Powoduje, że pewne sprawy, sytuacje, emocje, chociaż miały miejsce jakiś czas temu, niektóre może dawno, wydają się jakby zdarzyły się wczoraj. Spotykamy ludzi, którzy jeszcze niedawno byli dla nas ważni, a teraz mijamy ich obojętnie na ulicy, albo wręcz odwrotnie, minęło tyle czasu, a my nadal nie możemy przestać o nich myśleć, chociaż już dawno nie ma ich w naszym życiu.
Albo rocznice. Coś, co zdarzyło się dokładnie rok temu, jakaś data, która utkwiła w naszej pamięci, jakiś ważny dzień, nagle po roku wraca, wracają tamte emocje, tamte sytuacje, zupełnie nie wiadomo skąd nagle są z nami. Tak jakby czas nagle się zapętlił, i wracał.
Przede mną spokojny tydzień w Jeleniej - za oknem piękna złota jesień, idealna do spacerów, szkoda tylko, że samotnych - chociaż dziś udało mi się spotkać kilka bliskich memu sercu osób - zupełnym przypadkiem, ale jakże miłym :) na szczęście w środę przyjeżdża moja kolejna przyjaciółka-lekarka :)
A już za tydzień jadę na tydzień do rodzinki do Olsztyna, a potem kolejny spędzam z przyjaciółmi ze studiów w Białymstoku i Białowieży :)
Ostatnio sporo się dzieje. Miałam siedzieć w domu i uczyć się do ostatniego podejścia do LEKu, czyli egzaminu podsumowującego studia i niezbędnego do uzyskania pełnego prawa wykonywania zawodu, ale pilnie musiałam wyjechać do Szczecina - ratować mojego mleczaka :D Dlaczego akurat do Szczecina? Tam mieszka i przyjmuje moja przyjaciółka stomatolożka, której jedynej ufam w kwestii mojego uzębienia :) Wyjazd był to szalony - we wt wyjazd, na miejscu byłam późnym wieczorem, w środę akcja stomatologiczna i powrót do Jeleniej Góry. A już w piątek wyjeżdżałam na wspomniany wcześniej egzamin do Wrocławia. Jedno wielkie szaleństwo, ale chyba lubię to :D Egzamin poszedł chyba nieźle, dziś powinny być wyniki :) Poza tym to był bardzo pozytywny weekend - spotkania z przyjaciółmi ze studiów, które natchnęły mnie bardzo dużą ilością dobrej energii :) do tego wieczorne włóczenie się po mieście, trochę czułam się jak na wakacjach.. no i oczywiście zakupy na dworcu Świebodzkim - w szafie nowa sukienka :D Powrót do domu, nowy tydzień i nowa dawka szaleństw, tym razem związana z rzeczami, które trzeba załatwić, z zakupami, które trzeba zrobić, z porządkami, bo chociaż wydaje mi się, że ciągle sprzątamy, to kurz pojawia się ciągle na nowo :D z ciastem, które mam ochotę upiec - bo ostatnimi czasy robię jedno-dwa ciasta w tygodniu :) wczoraj zrobiłam tartę z kremem budyniowym i gruszkami - z mojej ulubionej ostatnio strony, czyli mojewypieki.com. A jeszcze sprawy do załatwienia w szpitalu, we Wrocławiu w urzędzie wojewódzkim w związku z rozpoczęciem od listopada specjalizacji z chorób wewnętrznych - jutro jadę, nie mówiąc o konieczności zaplanowania fryzjera na przyszły tydzień, bo 6.10 wyjeżdżam na dwa tygodnie - najpierw tydzień u rodziny w Olsztynie, a potem kolejny tydzień z przyjaciółmi ze studiów w Białymstoku i Puszczy Białowieskiej :) Już sobie stworzyłam listę spraw do załatwienia, bo niedługo sama się w tym wszystki pogubię. Na szczęście ma wrócić do nas złota polska jesień, bo póki co początek tygodnia działał nieco dobijająco. A już na weekend mamy gości-oczywiście moich przyjaciół ze studiów - idziemy na otwarcie sezonu w naszym teatrze, a jednocześnie otwarcie Jeleniogórskich Spotkań Teatralnych - spektakl "Koniec świata w Deer's Hill City", czyli western na dzikim zachodzie, ale trochę jakby w Jeleniej Górze patrząc na tytuł :) A w kuchni przygotowuję dzień azjatycki - zaczynamy od sushi, potem zupa tajska, a na koniec danie z makaronem ryżowym z woka :) Taak, szaleństwa nie ma końca, i tak pewnie do czasu aż pójdę do pracy - czyli do połowy listopada :) Nie wiem jak wy, ale ja będąc w środku takiego wiru czuję, że żyję :)) A myślę, że jesienią to tym bardziej się przydaje, żeby człowiek nie zaległ w domu, przed telewizorem, czy komputerem, tracąc resztki energii. Jesienią trzeba znaleźć sobie jakąś zajawkę - to już od was zależy jaką :) powodzenia w szukaniu :)
I znów kilka najnowszych zdjęć :) głównie z naszych spacerów - łapaliśmy ostatnie chwile lata ;)