Pozostajemy nadal w klimatach kulinarnych - tym razem bardzo prosty przepis na jagnięcinę (zaczerpnięty przez mojego wrocławskiego przyjaciela ze strony internetowej biedronki, a teraz przygotowany przeze mnie).
Składniki: - jagnięcina (ja kupiłam w biedronce comber z jagnięciny) - szynka parmeńska - szałwia - wino - do tego sałatka - cukinia, granat, sok z cytryny, miód, oliwa
Zaczynamy od rozklepania jagnięciny tłuczkiem, potem przyprawiamy solą i pieprzem. Następnie na jagnięcinie umieszczamy świeżą bądź suszoną szałwię, wszystko to owijamy szynką parmeńską. Obtaczamy w mące i smażymy ok 2-3 minut z każdej strony. Następnie dolewamy wina (wg przepisu białego, ja użyłam czerwonego i wyszło bardzo dobre), smażymy aż odparuje, po czym przekładamy mięso do naczynia żaroodpornego i na 20min wstawiamy do rozgrzanego do 150 stopni piekarnika. W między czasie przygotowujemy sałatkę - cukinię kroimy na wstążki za pomocą obieraczki, z granatu musimy wydobyć nasiona, do tego sos - mieszamy sok z cytryny, oliwę, miód, sól i pieprz. Ja sosy zawsze robię na oko - po czym próbuję i ew. coś jeszcze dodaję.
Obiad wyszedł przepyszny :)
Udanego weekendu kochani :) Ja czas wykorzystuję w pełni - wczoraj wernisaż fotograficzny jednego z moich ulubionych fotografów - Karola Nienartowicza (oczywiście poza moim Jordanem, którego bloga cały czas wam polecam - fotojordanplis.blogspot.com), dziś wizyta na moim oddziale, potem spacer w Bukowcu - zdjęcia już niedługo zobaczycie :) wieczorem koncert Joao de Sousa, a jutro znów poranek w pracy, a wieczór w teatrze - "Akt przerywany" Różewicza. Szkoda, że weekend trwa tylko dwa dni :D
Dawno nie pisałam o gotowaniu, które tak kocham. Nie znaczy to, że przestałam gotować. Raczej zapominam w trakcie gotowania i późniejszego konsumowania robić zdjęć. A bez zdjęć ciężko pisze się na blogu o jedzeniu...
Ale tym razem o zdjęciach pamiętałam ! :D
Wszystko zaczęło się w Biedronce, gdzie znalazłam kilogramowe opakowanie muli za 14,99.
Musiałam je kupić. Wróciłam do domu i skontaktowałam się z Jordankowym bratem Igorem- kucharzem obecnie pracującym w Cyganerii w Gdyni. W czasie majówki koniecznie muszę spróbować tamtejszego jedzenia.
Ale wracając do muli zdecydowałam się na wersję podstawową.
Oliwa, cebulka, czosnek, do tego mule, sól, pieprz, białe wino, natka pietruszki, na koniec łyżka masła. Do tego bagietka. Niebo w gębie.
Polecam !
A jeśli chodzi o moją pierwszą lekcję, to nie było tak źle :D Na początku byłam trochę przerażona, ręce mi się trzesły, ale jakoś dałam sobie radę. Koleżanka, która okazała się być moją uczennicą powiedziała mi później, że było bardzo dobrze, i grupie się podobało, a z tego cieszę się chyba najbardziej :) Najgorsze, że nawet mnie, największą gadułę świata, zmęczyło to ponadgodzinne gadanie - aż buzia mnie potem bolała :D Ale cieszę się bardzo, że zdecydowałam się na to nowe wyzwanie :)
Ostatnią moją dłuższą nieobecność już tłumaczę! Najpierw byłam chora - na szczęście udało mi się wyzdrowieć, potem wpadłam w wir pracy, potem w pracy znów zaraziłam się od koleżanek i znów popołudniami dogorywałam... na szczęście na weekend doszłam do siebie i wybrałam się na jeleniogórski festiwal filmowy "Zoom". Wybrałam dwie projekcje specjalne - "Serce, serduszko" Jana Jakuba Kolskiego, jednego z moich ulubionych polskich reżyserów. Film pełen ludzkiej dobroci, której akurat tamtego dnia bardzo potrzebowałam. Film, którego obrazy na długo we mnie pozostały. Film o dziewczynce z domu dziecka i jej bardzo specyficznej wychowczyni, które razem uciekają, aby zdążyć na egzaminy do szkoły baletowej - przemierzają Polskę od Bieszczad do Gdańska, przeżywając po drodze niejedną przygodę :) A także projekt artystyczny Katarzyny Kozyry "Szukając Jezusa". Dokument o podróży Kozyry do Jerozolimy w poszukiwaniu ludzi dotkniętych syndromem jerozolimskim - zaburzeniem psychicznym, w którym danej osobie wydaje się, że jest Jezusem (albo inną biblijną postacią). Niesamowity projekt, niesamowici ludzie. Naprawdę byłam pod wrażeniem.
Do tego w ostatni wtorek wzięłam udział w spotkaniu z Jackiem Hugo-Baderem, moim ulubionym reporterem Gazety Wyborczej, którego teksty, od dzieciństwa chyba, uwielbiam, dzięki którym od dawna marzy mi się wyprawa w głąb Rosji, a najbardziej nad Bajkał. Może kiedyś mi się uda :) A Jacek zgodnie z oczekiwaniami - okazał się strasznie fajnym człowiekiem, z którym można by gadać do rana :)
Ostatnio opowiadałam wam o jeleniogórskim teatrze, teraz pomyślałam, że powiem wam coś o filmach, których ostatnio sporo oglądam. "Birdman" - mega odjechany, mega dziwny film, którego chyba nie chciałabym nigdy więcej obejrzeć. Ale w związku z oskarem za najlepszy film na pewno warto obejrzeć, aby wyrobić sobie opinię, bo zdania są podzielone, znam sporo osób, którym bardzo się podobał. "Whiplash" - niesamowita muzyka, bo jazz kocham całym sercem, ale bohaterowie, jak dla mnie, nie do końca normalni, z czym wewnętrznie nie mogłam się zgodzić, ale rola mistrza niesamowita, a końcówka porywająca. "Dzień z życia blondynki" - rewelacyjna komedia, dawno się na niczym tak nie ubawiłam :) "Dzika droga" - niesamowity film, rewelacyjna Reese Witherspoon, trochę przypominał mi "Into the wild", który też bardzo mi się podobał "Służby specjalne" - wreszcie udało mi się obejrzeć (do kina spóźniłam się, film dopiero kupiłam z ostatnim numerem Gali) - mocne kino, i jeśli prawdziwe, to przerażające,naprawdę. A w tym tygodniu wybieramy się do kina na "Disco polo" :)
Na koniec zdjęcia z dzisiejszego spaceru w kroplach deszczu - w Karpnikach. A propos zdjęć polecam Wam bloga - fotojordanplis.blogspot.com
straszną miałam migrenę i właśnie na chwilę puścił mnie ból głowy :D
Zapomniałabym całkiem pochwalić się wam moją nową pracą, którą zaczynam od wtorku! Będę uczyć farmakologii w szkole dla techników farmaceutycznych. Trzymajcie za mnie kciuki, mam nadzieję, że dam sobie radę :) Póki co jestem strasznie podekscytowana i nie mogę doczekać się tych pierwszych zajęć. W następnym poście na pewno opowiem wam jak było :)
Minęły dokładnie dwa tygodnie, czyli właśnie dziś zaczyna się mój trzeci, a zarazem ostatni tydzień stażu we Wrocławiu. Zaczyna się wyłącznie teoretycznie, bo piszę do was tym razem z mojego jeleniogórskiego łóżka - strasznie zasmarkana, zakaszlana, całkowicie obolała, z nieco obniżonym nastrojem - bo ja nienawidzę być chora! i to jeszcze w taką piękną pogodę, kiedy jedyne, o czym człowiek marzy to spacer! Ale niestety tak kończy się przebywanie kilka godzin dziennie na oddziale zakaźnym, gdzie wszyscy pacjenci mają zapalenia oskrzeli i płuc, jeden kaszle przez drugiego, że już nawet na oddziale zrobiła się z tego niezła epidemia. Mnie w końcu też dopadło.
Ale wcześniej były bardzo przyjemne dwa tygodnie - pierwszy, bardziej na zapoznanie się z oddziałem, z ludźmi, drugi już dosyć pracowity. Poza tym oczywiście spotkania z wrocławskimi przyjaciółmi i weekendy w Jeleniej Górze. O dziwo nie było tak źle jak się spodziewałam :)
Jak wiadomo, wszystko zależy od naszego podejścia, wszelkie pozytywne bądź negatywne emocje siedzą w naszej głowie, więc w momencie, kiedy tylko przestałam narzekać wewnętrznie, użalać się nad samą sobą, jak to mi źle i okropnie, że muszę trzy tygodnie siedzieć we Wrocławiu - od razu zrobiło mi się lepiej, nabrałam ochoty do życia, przypomniało mi się, co tak bardzo lubiłam we Wrocławiu, i jak bardzo tęskniłam za tymi moimi wrocławskimi przyjaciółmi, i jak to w zasadzie się cieszę, że moge trochę z nimi pobyć :) No i jak tak już się cieszyłam, jak to sobie nawymyślałam planów na ten ostatni tydzień, to się oczywiście rozchorowałam, i z planów, na razie przynajmniej, nici :D Ale wszystko ma swoje dobre strony, nawet takie okropne choróbsko - można cały dzień przeleżeć w łóżku, spać do południa, potem spać po południu i prawie w ogóle nie mieć wyrzutów sumienia patrząc na stertę ciuchów do prasowania ;)
Można też mieć wreszcie czas, żeby opowiedzieć wam np. o jeleniogórskim teatrze, który ostatnimi czasy z mojego punktu widzenia bardzo pozytywnie się rozwija, co rusz zaskakując mnie nowymi, świetnymi spektaklami, z jednej strony bardzo aktualnymi, nawiązujacymi czy to do wydarzeń bieżących, czy problemów zarówno o zasięgu ogólnoświatowym, jak i miejscowym, ale też dotykając spraw uniwersalnych. Polecić mogę wam właściwie wszystkie najnowsze spektakle, zaczynając od walentynkowej premiery, na której świetnie się bawiłam (nie zgadzając się zupełnie z wątpliwej jakości krytykami i innymi jeleniogórskimi hejterami) - "Miłość i polityka" to świetna komedia, w wielkim skrócie o miłosci i polityce właśnie, o intrygach, oszustwach, zdradach, a ja myślę, że o świecie w ogóle. Do tego niesamowita Anna Ludwicka-Mania, którą mogłabym oglądać bez końca. Poza tym "Karskiego historia nieprawdziwa" - słodko-gorzka opowieść o tym, co stałoby się, gdyby prezydent Roosvelt zareagował na opowieści Karskiego o eksterminacji Żydów w Polsce w czasie II wojny światowej, plus świetna muzyka i stroje. Jeśli o strojach mowa, to ostatnie spektakle rzucają się w oczy przede wszystkim niesamowitymi kostiumami, które pamiętać będę jeszcze długo, jak np. w sztuce "Pierścień wielkiej damy" - gdzie suknie może nie przebiły jednej wielkiej sukni z "Miłości i polityki", ale uszyte były w sposób spektakularny. Do tego "Mąż mojej żony" - czyli jak to jest spotkać na swojej drodze męża własnej żony, i co z tego wynika :D I trochę starsze - nieco paranoiczny thriller "Autobus", opowieść o historii miasteczka, które zniknęło, czyli "Miedzianka", tragikomedia "Samobójca?", i "Don Juan", w którym zakochałam się podczas premiery ponad rok temu. O spektaklach jeleniogórskiego teatru mogłabym opowiadać wam godzinami, ale nie w tym rzecz - jeśli tylko będziecie mieli możliwość wybierzcie się do teatru :) Odsyłam was na ich stronę - tam znajdziecie repertuar i opisy poszczególnych spektakli (teatrnorwida.pl)
Anna Ludwicka-Mania - gwiazda "Miłości i polityki" (ze strony teatru)
Na koniec jeszcze tylko kilka zdjęć z walentynkowego wypadu z przyjaciółmi do Szklarskiej
Poręby - pełnej turystów, oscypków na każdym rogu (o wątpliwym kozim i owczym pochodzeniu, co nie przeszkodziło mi w pałaszowaniu wszystkim możliwych rodzajów), artystów rzeźbiących w śniegu z okazji festiwalu radiowej trójki, sporej jeszcze ilości śniegu i mega dawki pięknego słońca :))
Tym razem piszę do Was z Wrocławia, tak jak wspominałam przyjechałam tu na 3 tygodnie na staż z chorób zakaźnych - staż do mojej specjalizacji z chorób wewnętrznych. Dla niezorientowanych robienie lekarskiej specjalizacji polega, poza pracą w szpitalu, także na odbyciu obowiązkowych staży i kursów - większość odbywa się niestety w ośrodkach akademickich - a więc poza moją Jelenią Górą. Ale dzięki temu pojeżdżę trochę po Polsce - w czerwcu i wrześniu wybieram się na kilka dni do Warszawy, we wrześniu też do Lublina, w październiku do Krakowa, a w grudniu do Bielska-Białej, do tego może uda mi się jeszcze pojechać dwa razy do Olsztyna na podobne do obecnego 3-tygodniowe staże. A ten robię właśnie we Wrocławiu - siedząc na głowie po trochę różnym przyjaciołom :D Staż zaczęłam dziś, więc specjalnie jeszcze nie mam za dużo wrażeń, jedynie, że wszyscy są strasznie mili :) Poza tym Wrocław jak zwykle obfituje w nowe wrażenia, doznania, a także miliony wspomnień na każdym rogu, i tych dobrych, i tych trochę gorszych. A do tego miliony możliwości. Przynajmniej teoretycznie - bo do kina bym poszła, ale akurat żaden film mnie nie kręci, poczekam aż wejdzie "Warsaw by night", w teatrze też jakoś nie znalazłam nic dla siebie, nie mówiąc o koncertach, które też jakieś bez szału - jedynie moja ukochana Maja Kleszcz gra we Wrocławiu, ale dopiero po moim wyjeździe... Pozostały mi z tego miliona możliwości spotkania z przyjaciółmi, znajomymi - całe szczęście, że chociaż oni tu są, bo inaczej zanudziłabym się na śmierć ;D A najchętniej to po prostu wróciłabym do Jeleniej :D Ale, żeby zgodnie z moim życiowym podejściem spojrzeć na sprawę nieco optymistycznie, powiem wam, że do Wrocławia przyjechałam już w piątek - na urodzinową imprezę kolegi :) poznałam trochę ciekawych ludzi, trochę potańczyłam, potem strasznie się nie wyspałam, i pół soboty przeleżałam w łóżku z tego powodu :P Do tego przyjaciel, u którego mieszkam rozpieszczał mnie cały weekend pysznościami - w sobotę gulasz z dzika, w niedzielę kotlety jagnięce :)) Niedziela poza jagnięciną była też mega pozytywnym dniem, z kilku innych powodów - poranne zakupy w moim ukochanym miejscu we Wrocławiu, czyli targu świebodzkim (zakupiłam buty na marcową wyprawę do Wilna, Rygi i Tallina, plus dwie sukienki - akurat na chwilę zapomniałam, że już nie mogę domknąć szafy z sukienkami w Jeleniej ;) a potem do Wrocławia przyjechała przyjaciółka ze studiów, teraz mieszkająca w Opolu - z okazji pięknej słonecznej pogody postanowiliśmy wszyscy zrobić sobie wycieczkę Polinką - czyli kolejką linową (prawie jak na Kasprowy Wierch ;) - tyle, że we Wrocławiu, nad Odrą, jedzie się jakąś minutę - dwie, a bilet kosztuje tyle co na przejazd komunikacją miejską. Stacje ma na Wybrzeżu Wyspiańskiego - niedaleko Placu Grunwaldzkiego, i Na Grobli, skąd pieszo wróciliśmy zahaczając o okolice zoo, do którego w końcu na wiosnę muszę się wybrać :D
ze strony wroclaw.pl
Tyle jeśli chodzi o tą relację z Wrocławia, kolejna już niedługo :)